Informacja

Ten blog powstał na potrzebę zakładki "One-shoty" na blogu http://hp-i-cena-prawdy.blogspot.com ;)
Mimo wszystko żywię szczerą nadzieję, że będzie on Wam miłym towarzyszem na nudne chwile ;)
Pozdrawiam serdecznie, Sakk <3

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

To nic nie znaczy.


Tak, jak można było się spodziewać, powracam z nowym tworem.
Jak i większość tych moich króciutkich opowiadanek, to również nie jest normalne. Jak sądzę.
W każdym razie zapraszam do zapoznania się z tekstem.
Drarry.
Lekkie, ledwo zauważalne, można by przerobić to na każdy parring - kiedyś tak zrobiłam - ale mimo to dodaję je w ten sposób, w jaki powstało. Tak będzie najlepiej...
Miłego czytania ;)

~~~*~~~

Zapowiedź wieczoru.

Patrzysz na mnie.
Twoje szare, stalowe oczy nie błyszczą już gniewem.
Już nie.
Teraz rozjaśnia je coś innego.
Pragnienie? Pożądanie?
Bo to nie jest miłość.
To nie może być to uczucie.
Przecież "to nic nie znaczy".
Zastanawiam się co widzisz patrząc na mnie w taki sposób, ale nie pytam.
Nie żebym nie chciał wiedzieć.
Sęk w tym, że nie chcę niszczyć tej ciszy, która zapadła pomiędzy nami.
Nie takiej niezręcznej.
Wręcz przeciwnie.
Ta cisza jest wygodna, przyjemna.
Zdaje się jakby brzęczała mi cichutko w uszach.
Ale cisza przecież nie może brzęczeć, prawda?
Bo wtedy to nie byłaby cisza.
Z drugiej strony to ciekawe - jak cisza może pozostać ciszą nawet wtedy gdy, według niektórych, wibruje?
Tak, to dziwne.
Tyle, że jakoś nie ma to dla mnie znaczenia.
Nie teraz.
Zastanowię się nad tym jak już odejdziesz.
Bo wiem, że odejdziesz.
Zawsze odchodzisz.
Nigdy nie zostajesz.
Przynajmniej nie na długo.
Mówisz "to nic nie znaczy".
Nie wiem co robisz przez resztę czasu.
I nie chcę wiedzieć.
Boję się tej wiedzy.
Ty nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo mnie do siebie przywiązałeś.
Jak bardzo czekam na wieczór każdego ranka.
Każdego popołudnia.
Każdej nocy.
Mógłbym siedzieć cały dzień wpatrując się w słońce, tylko po to by w końcu ujrzeć zachód.
Bo ty zawsze pojawiasz się o zachodzie.
Nigdy minutę wcześniej, nigdy minutę później.
Zawsze równo.
Tak jakbyś wiedział, że w tym świetle wyglądasz najlepiej.
Nie żebyś inaczej nie wyglądał dobrze.
Bo wyglądasz dobrze.
Pięknie.
Cudownie.
Ale o tej porze, kiedy słońce mieni się czerwienią i zalewa twoje idealnie białe ciało...
Nie wiem jak to określić, ale wyglądasz jeszcze lepiej.
Czy przesadzam?
Pewnie tak.
Nie powinienem myśleć o tym wszystkim
W końcu "to nic nie znaczy".
Żałuję, że tak jest. Że tak musi być.
Przynajmniej dla ciebie.
Bo dla mnie już od dawna to wszystko znaczy wiele. Być może nawet zbyt wiele.
Stałeś się dla mnie uzależnieniem. Niczym narkotyk, bez którego nie potrafię nawet przeżyć jednego, normalnego dnia. A może nigdy tego nie potrafiłem?
Ale nie mogę ci tego powiedzieć. Nie możesz się tego dowiedzieć.
Wtedy mógłbyś odejść, prawda?
A to byłoby dla mnie nie do wytrzymania...
Już nie potrafię żyć bez ciebie.
Dzień ma dla mnie już tylko jedno znaczenie - zapowiedź wieczoru.
Zapowiedź ciebie...
Zapowiedź twojego ciała, twojego dotyku, twojej czułości...
Być może udawanej czułości, ale jednak czułości...
Łaknę tego. Nawet nie wiesz jak bardzo.
Czasami wydaje mi się, że też tego pragniesz, ale potem wypowiadasz to jedno zdanie, które burzy całą magię.
"To nic nie znaczy".
Czy na pewno?
Strach przepływa przeze mnie od jakiegoś czasu równie naturalnie co i krew.
Za każdym razem zadaję sobie pytanie: co jeśli się dowiesz, jeśli zrozumiesz, że ja cię...
Nie! Nie mogę o tym myśleć. Nie chcesz tego, więc i ja tego nie chcę.
Dlaczego? Bo boję się, że odejdziesz i nie wrócisz. Zawsze przeżywam ten strach na nowo.
Za każdym razem wyczekuję wieczoru w napięciu.
Od jakiegoś czasu nie robię już nic więcej.
Tylko czekam.
Czasami wydaje mi się, że tego nie wytrzymam. Tego oczekiwania...
Ale wtedy pojawiasz się ty, i moje myśli przestają istnieć.
Zdolność rozumowania zanika...
Jednak w takich chwilach jak ta boję się najbardziej.
Zaraz pewnie znowu usłyszę to znienawidzone już przeze mnie zdanie.
"To nic nie znaczy".
Dlaczego?
Dlaczego dla ciebie to nic nie znaczy?
A może tylko to sobie wmawiasz?
Łudzę się, że tak jest.
Jednak to nie zmniejsza mojego bólu...
Bo ból występuje. Za każdym razem, gdy tylko to słyszę.
Tyle, że ty nigdy się o tym nie dowiesz.
Bo nie chcesz, prawda?
Czemu tyle jest pytań, na które nie potrafię odpowiedzieć jasno?
Czy ty kiedykolwiek poczujesz do mnie to, co ja do ciebie?
Pewnie nie.
To boli.
Już dłużej tak nie mogę.
Ta niepewność odbiera mi zdolność egzystencji.
Pamiętam jak to wszystko się zaczęło.
Pierwszy pocałunek był jak spełnienie wszystkich marzeń.
Mimo, że wcześniej nie przeszłoby mi to nawet przez myśl, to teraz nie oddałbym tego za nic w świecie...
Pierwszy dotyk był niczym dotyk anioła.
I to się zgadza. Bo ty właśnie jesteś moim aniołem.
Nie powinienem tak myśleć, ale to prawda.
Pierwsze spotkanie w tajemnicy było najbardziej ekscytującym przeżyciem w moim życiu.
Nic się z tym nie równało.
Pokonanie smoka w Turnieju Trójmagicznym, spotkania z Voldemortem...
Nic nie dawało mi tyle adrenaliny co to.
Tyle, że teraz... To uczucie tylko komplikuje całą sytuacje.
Ja dla ciebie nic nie znaczę.
Tak mówisz, więc tak jest, prawda?
To ciężkie dla mnie, ale muszę to zrobić.
Nie wytrzymam dłużej...
Pamiętam jak w szkole, wchodząc do Wielkiej Sali szukałem cię wzrokiem.
Nie patrzyłem na Rona czy Hermionę.
Nie zwracałem uwagi na Ginny.
Nie pędziłem spojrzeniem do Cho.
Ty byłeś dla mnie ważniejszy.
Nie rozumiałem tego, ale teraz wiem, że nie chodziło tylko o zwykłą rywalizację.
Nie chodziło tylko o nienawiść. O gniew, rodzący się we mnie gdy nasze oczy się spotykały...
Swoją drogą to ciekawe, jak bardzo się zmieniliśmy.
A przynajmniej ja.
Nigdy nie zgadłbym, że poczuję do ciebie to co teraz.
Ale w tej chwili...
Wiem co powinienem powiedzieć.
Tylko dlaczego to jest takie trudne?
Wiesz, zawsze uwielbiałem kolor czerwony.
I nie chodzi tylko o to, że jest to kolor mojego domu.
Czerwień symbolizuje rozbudzenie i energię.
Władzę i cierpienie.
Miłość i nienawiść.
Gniew i szaleństwo.
Agresję i wściekłość.
Odwagę i porywczość.
Niecierpliwość i impulsywność.
Jest to kolor bardzo ludzki, cielesny.
No i oczywiście jest to też kolor krwii.
To przypadek czy przeznaczenie, że to wszystko nas połączyło?
Pech czy może szczęście?
Nie wiem. Na prawdę nie potrafię tego powiedzieć...
Wiem jednak jedno...
- To koniec. Dłużej tak nie mogę, Draco. Nie potrafię... Nie wytrzymam tego.
- Wiem - mówisz, co tylko wprawia mnie w zakłopotanie.
- Skąd?
Uśmiechasz się, tym swoim szyderczym uśmiechem.
Czy rzeczywiście jestem aż tak przewidywalny?
- Z twojej twarzy.
- Och.
A więc jestem niczym otwarta księga?
Faktycznie, nigdy nie umiałem za dobrze ukrywać uczuć...
- Co na niej widzisz?
Wreszcie zadaję to pytanie, nurtujące mnie za każdym razem gdy na mnie patrzysz.
Twój uśmiech się poszerza, kiedy wstając przechodzisz przez sypialnię.
Już myślę, że mi nie odpowiesz gdy nagle odwracasz się do mnie, stojąc w drzwiach.
- Wszystko, Harry. Wszystko - szepczesz, by w następnej chwili zostawić mnie samego.

~~~*~~~

Ciemność.

Ciemność pożera mnie niczym potwór złakniony krwi.
Bez ciebie wszystko wydaje się inne.
Gorsze.
Wiem, że to był mój wybór, ale inaczej nie mogłem postąpić.
Ty też o tym wiesz, prawda?
To wszystko i tak zaszło już za daleko.
Nocami, leżąc na zimnym łóżku, zastanawiam się czy na pewno dobrze zrobiłem.
To wszystko dlatego, że odzwyczaiłem się od samotności. Nocnej samotności. Bo dniami radzę sobie lepiej.
Teraz jednak dręczy mnie bezsenność.
Często obracam się na bok by dotknąć czyjegoś uda, czyjejś dłoni...
Tyle, że tam nic nie ma.
Wtedy paraliżuje mnie strach i potrzebuję chwili by sobie wszystko przypomnieć.
Chciałbym powiedzieć, że nic do ciebie nie czuję.
Że cię nie pragnę.
Że cię nie potrzebuję.
Ale musiałbym skłamać.
Zastanawiam się czy masz tego świadomość.
Zastanawiam się czy czasami też o mnie myślisz.
Minęły dwa miesiące, ale ja nie potrafię już bez ciebie istnieć.
Wcześniej byliśmy ze sobą w takim układzie niewiele ponad pół roku.
O pół roku za dużo.
Brakuje mi ciepła drugiego ciała.
Brakuje mi dotyku twoich aksamitnych palców.
Brakuje mi zachodów słońca, które teraz straciły dla mnie znaczenie.
Brakuje mi twojej skóry, białej niczym marmur.
Brakuje mi ciebie, w całej okazałości.
Czy jeszcze kiedyś się spotkamy?
W kółko zadaję sobie to pytanie.
Wiesz, to zabawne, że nie rozmawialiśmy ze sobą zbyt dużo przez ostatni rok, a ja i tak zdołałem się do ciebie przyzwyczaić.
Pokochać cię.
Zauważyłeś?
Już nie boję się dokończyć tego zdania.
W końcu jakiś plus.
Powinno mnie to podnieść na duchu, ale jest wręcz odwrotnie.
Dlaczego?
Dlaczego nie potrafię już bez ciebie żyć?
Wcześniej też nie robiłem zbyt wiele.
Moje życie było pełne ciebie.
I zachodów słońca.
Ale przynajmniej było czymś wypełnione.
Kimś.
Tobą.
Teraz za to jest puste.
I pełne ciemności...
A teraz...
Życzę ci dobrej nocy.
Może w końcu zasnę.

~~~*~~~

Samotność.

Nigdy nie bałem się ciemności.
Zawsze stanowiła pewną cząstkę mnie.
Dlaczego teraz jest inaczej?
Powinienem być do niej przyzwyczajony.
W końcu kiedy byłem małym dzieckiem sypiałem w komórce pod schodami.
Nie mówiłem ci o tym.
O niczym ci nie mówiłem.
Bo my w ogóle nie rozmawialiśmy.
Teraz jak o tym myślę, wydaje mi się to niezrozumiałe.
Ale w tamtych momentach...
Cisza nas jednoczyła.
Była czymś innym.
Czymś dobrym.
Ty też ją lubiłeś.
Przynajmniej tak mi się wydaje.
W końcu nigdy mi tego nie powiedziałeś.
Znamy się już prawie dziesięć lat, a i tak nic o tobie nie wiem.
Czemu?
Chciałbym zapytać cię o tyle rzeczy.
Jaki jest twój ulubiony kolor?
Jaki zapach lubisz?
Jaką liczbę uważasz za szczęśliwą?
Głupie, podstawowe pytania.
Ale na prawdę marzę o tym by się tego dowiedzieć.
Tyle, że pewnie już się nie zobaczymy.
Czy tęsknisz za mną?
Za tymi chwilami, w których potrafiłeś milczeć całymi dniami i patrzyć mi w oczy?
Za momentami kiedy leżeliśmy obok siebie?
Nie przytuleni.
Tak po prostu - leżeliśmy.
Oboje wpatrywaliśmy się wtedy w sufit zatopieni w myślach.
Nad czym się zastanawiałeś?
Czasami żałuję, że nie odezwałem się wtedy.
Jakoś mnie onieśmielałeś.
Z resztą to nie było trudne.
Zawsze byłem nieśmiały.
Pamiętasz, jak zaprosiłem Cho na bal?
Tak, pewnie było o tym głośno.
W końcu wszystko co dotyczy mnie prędzej czy później staje się sensacją.
Z nami też by tak było.
W takich chwilach tak bardzo chciałbym być normalnym człowiekiem.
Ta sława, niezasłużona sława, tylko wszystko kompilkuje.
Uwielbiam myśleć "co by było gdyby".
Problemem jest tylko to, że zazwyczaj smuci mnie odpowiedź.
Co by było gdybym jednak dla ciebie coś znaczył?
Co by było gdybym nie miał na karku Voldemorta?
Co by było gdybym nie był Złotym Chłopcem?
Czy wtedy byłoby nam lżej ukrywać nasze spotkania?
Czy w ogóle musielibyśmy to ukrywać?
Nie wiem.
I w sumie dobrze, że nie mogę się dowiedzieć.
Bo byłoby mi jeszcze ciężej...

~~~*~~~

Spełnienie.

Siedziałem na parapecie oglądając zachód słońca.
Znowu zacząłem to robić.
Już mnie to nie nudzi.
Już nie.
Mogę nawet powiedzieć, że to wschody słońca wydają mi się teraz przyjemniejsze.
Nie są zapowiedzią samotności.
Nie są zapowiedzią ciemności.
Nie są zapowiedzią ciszy.
Nie są zapowiedzią niczego.
Tak na prawdę to wschód słońca jest początkiem.
Dlatego zacząłem je lubić.
Przy tobie było odwrotnie.
To wschód słońca oznaczał koniec.
To on był zapowiedzią ciszy, samotności.
Może nie koniecznie ciemności za oknem.
Ale w moim sercu na pewno.
Jednak odchodzę od tematu.
Ostatnio coraz częściej mi się to zdarza.
Myśli...
Takie właśnie są myśli.
Żyją własnym życiem.
Więc - siedziałem właśnie na parapecie gdy usłyszałem pukanie.
Nie spodziewałem się nikogo.
W końcu kto mógłby mnie odwiedzić?
Ron, Hermiona, Ginny, Neville, Luna...
Wszyscy, którym na mnie zależało, nie żyją.
To smutne, ale prawdziwe.
Czasami leżąc obok ciebie zastanawiałem się, czy maczałeś palce w ich śmierci.
Nie byłoby to dla mnie wielkim zaskoczeniem.
Tyle, że ja nie chciałem tego wiedzieć.
To zburzyłoby mój cały świat.
Cały świat złożony z ciebie.
Złożony z iluzji twojej osoby.
Osoby, którą byłem w stanie pokochać.
Nawet pomimo tego, że nie zamieniliśmy więcej niż stu słów.
To raczej dziwne.
Niespotykane.
Ale tak było.
I tak jest.
Nie chciało mi się otwierać drzwi.
Tylko ta cholerna gryfońska ciekawość nie pozwoliła mi siedzieć na miejscu.
Teraz tego nie żałuję.
Jakbym mógł, skoro za progiem stałeś ty...
Twoje popielate oczy, płonące czymś bliżej nieokreślonym, wpatrywały się we mnie.
Nic nie powiedziałeś.
Tylko stałeś.
Ale to mi wystarczyło.
Z samego twojego spojrzenia wywnioskowałem, że tobie też mnie brakowało.
Podszedłem do ciebie, w tym samym momencie, w którym ty ruszyłeś w moją stronę.
I już nic się nie liczyło.
To, że tu byłeś...
Przy mnie.
Znowu.
O zachodzie słońca.
...to było najważniejsze.

~~~*~~~

Cała wieczność.

Deszcz dobija się do moich okien.
Naszych okien.
Zawsze lubiłem ten dźwięk.
Uspakaja mnie.
Już od dzieciństwa.
Kiedy zostawałem sam w domu, a wujostwo zamykało mnie w pokoju modliłem się o deszcz.
Nie wiedziałem wtedy jak to robiłem, ale zawsze mi się udawało go przywołać.
W tamtych momentach krople były moimi jedynymi towarzyszami.
Sprzymierzeńcami.
Przyjaciółmi.
Być może nigdy mi nie odpowiadały, gdy się do nich zwracałem, ale wystarczyła mi ich obecność.
Bo wiesz, nigdy nie miałem przyjaciół.
Mój kuzyn skutecznie odstraszał ode mnie wszystkich ludzi.
Nie zapomnę Kevina z sąsiedztwa.
Odważny chłopak.
Skończył w szpitalu na co najmniej miesiąc.
Oczywiście ciotka zawzięcie broniła swojego Dudziaczka.
W wyniku końcowym Dudley'owi się za to nie dostało.
Zbyt mało dowodów.
Można powiedzieć, że Dudley wygrał ze wszystkimi.
Z rodzicami Kevina, z policją...
No i ze mną.
Kevin przestał się do mnie odzywać.
Widać przestraszył się tego zajścia.
Z resztą - kto by się nie zlękł?
Chyba jedynie czarodziej.
Ale odchodzę od tematu.
Właśnie po tym zdarzeniu straciłem swojego jedynego przyjaciela.
Innych nie miałem.
Aż do czasu Hogwartu.
Dlatego postanowiłem się zaprzyjaźnić z deszczem, który był przy mnie zawsze i wszędzie
Nawet dzieci w szkole śmiały się ze mnie, bo wraz ze swoją osobą sprowadzałem burzowe chmury.
Myślisz, że przesadzam?
Wcale nie.
Deszcz mnie uspokajał.
Koił moje rany, kiedy wuj czy Dudley się na mnie wyżywali.
Ale teraz nie o to mi chodzi.
Chcę tylko powiedzieć, że nie jest mi on już więcej potrzebny.
W końcu teraz mam ciebie.
I to nie na chwilę, ale na całą wieczność.


KONIEC.


Jeżeli widzicie jakieś błędy w którymkolwiek opowiadaniu, proszę o ich wskazanie.
Czasami nie mam sił sprawdzać opowiadań, a czasami zwyczajnie coś pominę...
Miło byłoby też poznać Wasze zdanie.
Odnośnie tytułu... Nie umiem ich wymyślać, wiecie? ;)
Pozdrawiam i do kolejnego "opowiadanka". ;)

środa, 8 sierpnia 2012

To już nie wróci.

Opowiadanie nieco dziwne, pisałam je naprawdę spory okres czasu, początek pod wpływem chwili, dalszy ciąg nieco bardziej "żeby skończyć". Mam do niego niejaki sentyment, choć dobrze zdaję sobie sprawę, że jest... inne. Po prostu. No i można się pogubić. ;)
Mimo wszystko zapraszam do zapoznania się z tekstem.
Miłego czytania ;)


- Gdzie on jest?
- W środku. Severusie, proszę, nie rób nic głupiego.
- Ja nigdy nie robię niczego głupiego, Minerwo. To domena Gryfonów.
Kobieta przygryzła wargę. Spojrzał na nią dokładniej po raz pierwszy tego wieczoru. Zapuchnięte, przekrwione oczy, czerwony nos, zapewne od wydmuchiwania go w chusteczki... Dziwnie było widzieć ją w takim stanie. Przytaknęła powoli.
- Widzieli się z nim już wszyscy.
- I co z tego?
- Nikt nie chce kontynuować tych wizyt. Oprócz panny Granger, ma się rozumieć.
- A co z tą ofiarą, Weasley'em?
McGonagall pokręciła głową.
- Nie wiem. Po prostu przestał przychodzić. Nigdy nie wyjaśnił dlaczego.


******

- Dlaczego tu siedzisz, Potter? Jest jakieś logiczne wytłumaczenie całego tego bałaganu?
- Bo ty upadłeś, Severusie. Ja z kolei opadłem. - oznajmił z prostotą.
Snape wzdrygnął się z dwóch powodów. Ten młody chłopiec użył jego imienia, prawdziwego imienia. Do tej pory robiło to naprawdę niewiele osób. Po drugie, przenośnia jakiej użył, a był pewien, że to metafora, była jednocześnie niejasna, tajemnicza ale i przerażająca na swój własny, znany tylko Potterowi, sposób.
- Przepraszam, wolałbyś żebym się do ciebie nie zwracał po imieniu?
Chciał tego, ale duma nie pozwoliła mu na to przystać. W końcu ten chłopak był dwadzieścia lat młodszy od niego. Nie wypadało żeby nagle, po takim okresie nienawiści ni stąd, ni zowąd zwracał się do niego na "ty". Poza tym przysiągł sobie siać postrach wokół Pottera. A przechodzenie na mówienie sobie po imieniu temu nie sprzyjało.
- Wolałbym nie.
- W porządku. Zanim upadłeś lubiłeś to.
Zmrużył oczy.
- Dlaczego upadłem?
- Obaj mieliśmy upaść. Ale ja opadłem. Nie wiem czemu.
Severus miał ochotę uderzyć głową w stół. Harry spoglądał na niego z wyrazem pełnego zaufania, a pogodne, zielone oczy uśmiechały się do niego całą duszą Pottera. Postarał się, by jego ton był łagodny nim powiedział cokolwiek innego.
- Co to znaczy, że upadliśmy, Harry?
Chłopak zatrząsł się, a jego oczy rozszerzone w tej chwili, wyrażały nieograniczone zdumienie.
- Nie powinieneś do mnie mówić Harry. Ty nie jesteś Severusem. On nie mówił do mnie w ten sposób. Nawet przed upadkiem. Nigdy nie chciał, nawet pomimo tego co razem przeżyliśmy. Nie potrafiłem go do tego namówić.
Snape warknął mentalnie.
- Jestem Severusem. Severusem Snape'm.
Gryfon, a może raczej były Gryfon, potrząsnął głową nie spuszczając z niego swoich oczu. Oczu koloru Avady. Oczu, w których kryło się coś hipnotyzującego.
- Nie jesteś. Nie możesz nim być. On by się tak do mnie nie zwrócił.
- Jak w takim razie by się do ciebie zwrócił?
Brunet uśmiechnął się nieśmiało.
- Nie wiem na pewno. On był nieprzewidywalny. Jednak na tyle, na ile go znam powiedziałby coś podobnego do "Potter, masz mi w tej chwili wyjaśnić co to wszystko znaczy i dlaczego sobie z nas pogrywasz?!". Oczywiście wszystko doprawione odpowiednią ilością jadu.
Starszy czarodziej westchnął bezgłośnie. Może i rzeczywiście powiedziałby coś takiego, ale w obecnym stanie chłopaka nie mógł się zdecydować, czy takie traktowanie go byłoby odpowiednie.
- Wydaje się, że znasz go bardzo dobrze.
Wbrew oczekiwaniem i na przekór jakiejkolwiek logice zielonooki zarumienił się i spuścił wzrok zażenowany najwyraźniej jakimś wspomnieniem.
- Tak sądzę. Przed upadkiem spędziłem z nim mnóstwo czasu. Czasami żałuję, że upadł, a ja jedynie opadłem. Cieszę się jednak, że sprawa nie wygląda odwrotnie. Dla niego byłoby to cięższe.
- Cięższe?
- Właśnie tak.
- Dlaczego...
- Po prostu cięższe.
Mężczyzna zwęził oczy.
- Wydajesz się być normalny.
Chłopak przekrzywił głowę.
- A czym jest normalność? Severus mówił mi, że coś takiego nie istnieje.
- Miałeś się tak o nim nie wyrażać.
- Czyli przyznajesz, że to nie ty?
- Wcale, a wcale. Ale może tak jest łatwiej.
- Możliwe.
Cisza jaka nastała między nimi była ciężka, a przynajmniej dla tłustowłosego czarodzieja. Z każdą chwilą zdawała się jedynie rosnąć, przybierać na sile... Harry jednak nic sobie z niej nie robił i w tym czasie przyglądał mu się z zainteresowaniem. Kiedy Snape podjął wreszcie decyzje by wyjść, Potter szepnął:
- Szkoda, że przypominasz go tylko z wyglądu.
W następnej chwili opuścił pomieszczenie, nie mając pewności czy wytrzymałby przebywanie w nim dłużej.
Za drzwiami czekał lekarz. Uśmiechnął się do niego blado
- I jak, panie Snape?
- Dziwne. Wydaje się być norm... zdrowy - poprawił się niemal automatycznie. Ten przytaknął ze smutkiem.
- Bo teoretycznie jest, ale nie potrafi żyć samodzielnie. Ciągle opowiada o tym jak było mu dobrze przed "upadkiem". Nie rozumiem co chce przez to nam powiedzieć, ale ludzie chorzy często wymyślają własny kod by porozumiewać się z otoczeniem. Podejrzewamy, że to właśnie jeden z nich.
- Dlaczego ciągle mi mówił, że upadłem?
Oczy lekarza rozszerzyły się w szoku.
- Mówił, że pan upadł?
- Dokładnie - odparł niecierpliwie. - Ja upadłem, on opadł. Co to znaczy?
Mężczyzna, dalej przypatryjąc mu się w zdumieniu, pokręcił głową.
- Nie wiem. Staramy się tego dowiedzieć od kiedy się obudził.
- W porządku. Gdyby coś uległo zmianie to proszę o informację. Na razie udam się do siebie.
- Panie Snape? - zatrzymał go jeszcze głos mężczyzny.
- Tak? - warknął.
- To tylko moje podejrzenie, ale chyba jest pan dla niego kimś wyjątkowym. Jeszcze nikomu nie powiedział, że upadł. Jedynie wyrażał się do przyjaciół, mówiąc "on upadł". Nic więcej.
- I? - ponaglił.
- Czy mógłby pan... Czy mógłby pan go odwiedzać? Może to pomoże mu odzyskać jakąś część siebie?
- Myślę, że da się to wykonać. - odrzekł beznamiętnie, a następnie opuścił pomieszczenie.
Nie pojawił się tam przez miesiąc.

********

- Witaj, Potter.
- Severus?
- Miałeś się tak do mnie nie zwracać.
Harry zwęził oczy, jakby próbując odgadnąć na ile szczerze mówi mężczyzna. Po chwili westchnął i skinął głową.
- Miałem. Ale nie mówiłeś tego poważnie. Łudziłem się, że zmienisz zdanie. Jednak najwyraźniej upór Snape'a został w tobie mimo wszystko. - Kąciki jego ust uniosły się nieznacznie. - Jeżeli będziesz kiedyś chciał, bym znów mówił do ciebie po imieniu, wystarczy tylko powiedzieć.
- W porządku.
- Zagramy w szachy?
- Skąd...?
- Ron mi przyniósł, kiedy mnie odwiedził ostatnim razem.
W jego tonie dało się wyczuć lekko gorzkawą nutę. Mistrz Eliksirów przyjrzał mu się uważniej.
- Kiedy to było?
- Dwa miesiące, trzy dni, siedem godzin i dwadzieścia dwie minuty. Sekund już nie liczę, zbyt nużące zajęcie.
Gdy Severus otrząsnął się z szoku, obejrzał dogłębniej pomieszczenie. Żadnego zegarka, kalendarza, nawet przeliczeń na ścianie co, w obliczu takiej dokładności, i tak by się na nic nie przydało. Zerknął na chłopaka, ustawiającego teraz szachy.
- Jakim cudem to wiesz?
Wzruszył ramionami.
- Po prostu wiem. Gramy?
- Oczywiście. Mogę zadać jeszcze jedno pytanie?
Uśmiechnął się do niego szeroko.
- Po pierwsze: znów nie jesteś sobą. Prawdziwy Snape nie zapytałby o pozwolenie. Po drugie: właśnie je zadałeś. Jednak jeśli chcesz to proszę bardzo, zadaj jeszcze jedno.
- Ile nie było mnie?
Mina chłopaka spochmurniała.
- Miesiąc, jeden dzień, siedemnaście godzin i czterdzieści sześć minut. Sekund nie liczę.

*******


- Witam, Snape. Już myślałem, że nie przyjdziesz. Chcesz wiedzieć ile cię nie było?
- Ile?
-Tydzień, dwa dni, sześć godzin i trzynaście minut. Sekund nie liczę.
Severus skinął głową. Z jakiegoś powodu mu wierzył i nie musiał go sprawdzać.
- Dlaczego Weasley przestał cię odwiedzać? - zmienił nagle temat.
- Przerosło go to.
Snape zmarszczył brwi.
- Co takiego?
- Że już nigdy nie będę sobą. - Przekrzywił głowę. - A może teraz właśnie jestem sobą? Nieważne. Po prostu nigdy już nie będę takim jakim mnie zapamiętał z przeszłości.
- A chciałbyś?
Chłopak zastanowił się przez chwilę.
- Nie. Przynajmniej mam wspomnienia.
- Jakie wspomnienia?
- Sprzed chwili gdy upadłeś. To warte więcej niż "zwyczajność" w oczach innych.
- Co przedstawiają te wspomnienia?
Potter uśmiechnął się z pobłażaniem.
- Ciebie. Sprzed chwil gdy upadłeś.


******


- Ile, Potter?
- Witaj, Snape. Dwa dni, trzy godziny, trzydzieści pięć minut. Sekund nie liczę. Chyba, że chciałbyś żebym zaczął?
- Nie trzeba, skoro cię to nuży.
Przytaknął.
- Bardzo. Liczenie minut jest ekscytujące, ale sekundy są takie... prostackie.
- Kto ci to powiedział?
- Ty. Zanim upadłeś.
Westchnienie.
- Zagramy w szachy?
Całe napięcie rozpadło się na drobne kawałeczki. Chłopak rzucił się po opakowanie z grą.
- Zawsze. - odrzekł, po czym dodał. - Stęskniłeś się? Nigdy tak szybko nie przychodziłeś. Nikt tak szybko nigdy nie przychodzi.
- Nie, Potter. Nie stęskniłem się. - Oczywiście kłamał. Ten chłopak miał w sobie coś, co go przyciągało. Nie rozumiał co, ale gardził sobą, bo nie potrafił tego odrzucić. - Wiesz dlaczego nikt nie przychodzi tak szybko?
- Z pewnością ich to wszystko przerasta. Jak Rona. Dziwię się tylko Mionie dlaczego chce dalej przychodzić.
- Nie wiesz z jakiego powodu to robi?
- Wiem. Sam też bym dla niej to robił. - Uśmiechnął się. - Kocham ją, a ona mnie.
- Więc dochodzisz do tego, że Weasley cię nie kocha?
Potter zmarszczył brwi w wyrazie zamyślenia.
- Kocha. Ale on jest inny niż Miona. On woli kochać z odległości i nie musieć cierpieć.
- Więc sądzisz, że cierpi - stwierdził, nie oczekując już żadnej reakcji, ale Harry i tak odpowiedział.
- Tak, bo mnie kocha.

****

- Witam, Potter.
- Dzień dobry, Snape.
- Ile?
- Sześć dni, dwanaście godzin, piętnaście minut. Mogłeś jeszcze trochę poczekać, byłby równy tydzień.
- Chciałbyś, żebym czekał?
- Nie, dobrze, że już jesteś.
Na chwilę zapadła cisza, podczas której Harry wpatrywał się w niego jak za każdym razem gdy nic nie mówili. Severus powoli przyzwyczajał się do tego spojrzenia, choć nie przestawało go ono krępować. To znaczy irytować, oczywiście, że on się nie krępuje.
- Kto jeszcze cię odwiedza?
Chłopak przekrzywił głowę, wystawiając rękę i pokazując kolejno palce.
- Ty. Hermiona. Profesor McGonnagal raz w miesiącu. Ron raz na pół roku...
- Skąd wiesz, że raz na pół roku?
Brunet zamrugał skołowany.
- Po prostu wiem.
- Niby jakim cudem, do cholery, możesz to wiedzieć Potter?! Ten czas jeszcze nie nadszedł! I w jaki sposób przeliczasz te cholerne minuty nie mając zegarka, kalendarza... Niczego!
Przez chwilę myślał, że przesadził. Ten chłopak był chory! Nie powinien na niego krzyczeć. Zmarszczył czoło. Snape'owie nie przepraszają, ale... Musiał stłamsić dumę. W chwili kiedy otworzył usta, chłopak, który dotychczas spoglądał na niego bez wyrazu uśmiechnął się nagle.
- Wróciłeś, Severusie. Znów jesteś sobą!
- Miałeś...
- Tak, wiem. Przepraszam. Zagramy?
- Oczywiście, Potter. Czyli nie odpowiesz? - zapytał, podczas gdy zielonooki rozkładał szachy. Były Gryfon pokręcił głową.
- Nie są to pytania, na które da się racjonalnie odpowiedzieć, ale mogę spróbować. Po pierwsze: nie wiem skąd, ale mam pewność, że Ron odwiedzi mnie za... - zmarszczył brwi. - ...trzy miesiące, osiem dni, dwanaście godzin i dwadzieścia dwie minuty. Dokładnie. Sekund nie liczę. Po drugie: przeliczam czas. Tak, Snape, w głowie. Może jednak nie jestem taki bezmózgi jak myślisz - Wyszczerzył się do niego, zaczynając grać. Miał białe. - Po trzecie: wiem wiele rzeczy, które dopiero nadejdą.
- Och, czyli chcesz powiedzieć, że wiesz ile czasu zajmie mi przyjście do ciebie następnym razem?
Skinął głową, a przez twarz przemknął mu cień bólu.
- Tak. - szepnął. - Zdążę już spotkać się z Ronem.
Siedzieli chwilę grając i nic nie mówiąc. Severus starał się jednocześnie przemyśleć parę spraw. Nigdy nie sprawdzał chłopaka, ale jego przybliżenie czasowe było naprawdę dobre, biorąc pod uwagę, że rzeczywiście nie widział się z chłopakiem sześć dni. Jednak czy normalnym było liczyć czas w umyśle? No i sprawa z przyszłością... Przecież nie mógł jej znać! Udowadniał to już sam fakt, że według jego obliczeń powinien nie przychodzić tutaj co najmniej kilka dobrych miesięcy. Potrząsnął głową.
- Szach-mat - stwierdził nagle chłopak. Snape spojrzał na szachownicę i zamrugał intensywnie. Niemożliwe...
- Skąd znasz ten zwód? - spytał cicho Mistrz Eliksirów. Tego akurat nauczył go ojciec, gdy był małym chłopcem. Nie sądził żeby...
- Ty mnie tego nauczyłeś. - powiedział przekrzywiając łepetynkę, zadowolony z siebie. - Ma się rozumieć, zanim upadłeś.
Ciemnooki mężczyzna wstał i wyszedł bez pożegnania. To było nierealne.
Nie odwiedził chłopaka przez cztery miesiące.

******


- Witam, Potter.
- Cześć - powiedział, leżąc na swojej pryczy, dalej wpatrując się w sufit.
- Jesteś zły? - zapytał, a chwilę później przeklinał się za to. Przecież nie powinno go to w ogóle obchodzić!
- Nie... Sam nie wiem. Rozumiem, że nie chciałeś tutaj być. Wiedziałem o tym wcześniej. Ale ból i tak zostaje. - Uśmiechnął się pod nosem, siadając i opuszczając gołe stopy na ziemię. Na sobie miał przetarte dżinsy i zieloną koszulkę. Zestaw mugolskich ubrań. Severus zdziwił się, zauważając to. Wcześniej nosił jedynie koszule szpitalne. - Chcesz wiedzieć?
- Co takiego?
- Ile cię nie było.
Skrzywił się i pokręcił głową.
- Nie tym razem.
- W porządku. Więc co chcesz wiedzieć?
Uniósł brew.
- Skąd wiesz, że w ogóle coś chcę?
- Och, widać po oczach.
Gdyby mógł, wytrzeszczyłby je w tej chwili do tego stopnia, że potoczyłyby się one po pomieszczeniu. Tego jeszcze nie słyszał od nikogo. Zazwyczaj mówiono mu, że ślepia jego są puste do tego stopnia, iż nikt nie może zorientować się co ma na myśli i co czuje...
- Doprawdy?
- Pewnie. Więc co to takiego?
Zmrużył oczy, starając się na chwilę odłożyć rozmyślania.
- Dlaczego nosisz teraz inne ubrania?
- Ach! Będę się stąd wynosił!
- Gdzie?
- Do Rona. - Wygiął wargi w uśmiechu. - Dlatego przyszedł. Chcą mieć mnie przy sobie.
- Wiedziałeś?
Przytaknął.
- Oczywiście. Zdecydowali się na ból.
- Ale to ty ich na niego skazujesz.
Chłopak parsknął rozbawiony i spojrzał na niego.
- Próbowałeś kiedyś odseparować się od osoby, którą się kocha?
- ...
- Tak myślałem. - Uśmiechnął się nieco szerzej. - Wtedy boli bardziej, bo nie wiesz co się dzieje.
- Czyli to nasze ostatnie spotkanie.
- Hmm...
- Coś nie tak, Potter?
- Zagramy?


******


- Witaj, Potter.
- Dobry wieczór, Snape.
- Skąd wiesz, że jest wieczór?
- Myślałem, że rozmawialiśmy na ten temat. Chcesz wiedzieć ile się nie widzieliśmy?
- Ile?
- Miesiąc, pięć dni, cztery godziny i trzydzieści sześć minut. Sekund nie liczę.
Skinął mu głową.
- Dobrze się tu urządziłeś.
- Tak... Też tak sądzę. Zamknięto mnie tutaj... Nie spuszczają ze mnie oka.
- Dziwisz im się?
- Czasami. Już jest ze mną lepiej.
- Na jakiej podstawie to wywnioskowałeś?
Roześmiał się, kręcąc głową.
- Przyzwyczaiłem się do wspomnień.
- Jakich?
- Sprzed twojego upadku.
Szczerze zaczął nienawidzić to zdanie. Za każdym razem, gdy Potter je wypowiadał, miał ochotę coś rozwalić.
- W jaki sposób się przyzwyczaiłeś?
- Traktuję je jako sen. - Uśmiechnął się rozmarzony. - Jako wspaniały sen, niemożliwy do spełnienia.
Zwrócił na niego swoje szmaragdowe spojrzenie, pełne tęsknoty i bólu jednocześnie. Coś w środku Mistrza Eliksirów pękło.
- Opowiesz mi o tym... śnie?
Chłopak przełknął ślinę i odwrócił wzrok.
- Nie chcesz tego. Nie chciałbyś.
- Dlaczego tak sądzisz?
- Bo mnie nienawidzisz - zaśmiał się smutno.
- Z wzajemnością, jak mi się zdaje - prychnął.
Ku jego zdumieniu Harry potrząsnął energicznie głową.
- Nigdy! Już dawno cię odnienawidziłem!
Chwilę później zarumienił się, zażenowany swoimi słowami.
- Przepraszam - szepnął miękko. - Nie powinienem był tak wybuchać. - Westchnął. - Kiedy ja nauczę się myśleć, zanim coś powiem, prawda?
- Nigdy, Potter. W końcu jesteś Gryfonem.
Chłopak zachichotał, kręcąc głową.
- Tak, pewnie masz rację.
Nastała chwilowa cisza. Snape wiedział, że nie odpuści mu tych wspomnień, ale teraz... Teraz pragnął zapytać jeszcze o coś innego.
- Dobrze ci się tu mieszka?
- Tak... Tak myślę. Jest nieźle.
Duma. Ta cholerna, ślizgońska duma!
- Zastanawiałem się... U mnie w Snape Manor jest dużo miejsca i...
- Tak - odparł pewnie, patrząc na niego szeroko otwartym, ognistym spojrzeniem. - Mówisz serio?
Westchnął.
- Jak najbardziej.


******


- Co u ciebie?
- Chyba wiesz, Potter. W końcu mieszkamy razem.
- Mhm...
- Coś jeszcze?
- N-nie. Nic takiego.


******

- Potter?
- Tak?
- Mógłbyś mi opowiedzieć...
- Nie powinienem.
- Dlaczego?
- Rozzłościsz się i przestaniesz do mnie odzywać.
- Obiecuję, że tak nie będzie.
Zielonooki zaśmiał się bez humoru i pokręcił głową.
- To na nic, skoro wiem jak będzie... Ale dobrze, skoro tego pragniesz.
- Jak niczego innego.
Skinął głową.
- Pamiętasz dzień bitwy ostatecznej?
Zesztywniał. Jeżeli temu szczeniakowi chodzi o to, że...
- Nie. Mam na myśli ostatnią walkę. Pomiędzy mną a Voldemortem.
- ...Tak. Pamiętam...
- Więc pewnie kojarzysz też czar jaki na nas rzucił?
- Oczywiście.
Przytaknął mu lekko. To było trudniejsze niż się wydawało.
- Zapadliśmy w śpiączkę. Prawda?
- Jeśli masz tylko stwierdzać fakty, to..
- Nie. Poczekaj. Pamiętasz cokolwiek z okresu, gdy byliśmy w... śpiączce?
Prychnął.
- Nikt tego nie pamięta, Potter, bo wtedy nie ma nic!
Były Gryfon zasmucił się wyraźnie na to stwierdzenie.
- Ja pamiętam...
Ciemnooki spoglądał na niego chwilę bez wyrazu. To jest niemożliwe... Dla nikogo, nawet dla CKP - Chłopca Który Przeżył! Wziął kilka głębokich oddechów, żeby nie wybuchnąć.
- Więc co takiego pamiętasz, co wyprowadza cię z równowagi?
- Nas. Razem. Dosłownie. Dużo czasu spędziliśmy wspólnie, aż w końcu zaczęliśmy się traktować... Dobrze. Nawet lepiej niż dobrze, jeśli wiesz o co mi chodzi. W miejscu zwanym Poczekalnią. Mogliśmy odejść. - Przygryzł wargę. - Jednak zdecydowaliśmy się wrócić. Powiedziano nam co nas spotka. Kpiłeś z nich, ale ja... Ja poprosiłem o wiedzę. Chciałem pamiętać. Ty nie chciałeś się prosić. Jak to Snape'owie... A teraz ja pamiętam, kiedy ty trwasz w niewiedzy. Lecz nie chciałbym tego zmienić. - Posłał mu nieśmiały uśmiech. - Te chwile były zbyt piękne, by je zapomnieć.
- Potter, ty... - Zabrakło mu słów. Istotnie i chyba po raz pierwszy w życiu.Wyszedł z domu. Własnego domu.
Trzaskając drzwiami, mimo, że nigdy tego nie robi.
Na drugi dzień Potter wyprowadził się do Weasley'ów.
Nie spotkali się przez trzy miesiące.


******


- Potter...
- Cześć.
- Jesteś zły.
- Dlaczego tak sądzisz?
- Zawsze, kiedy jesteś zły, witasz mnie zwykłym "Cześć" - bez imienia, nazwiska ani niczego innego.
Przytaknął jego słowom.
- Wiesz więc pewnie też czemu jestem, jak to nazwałeś, zły.
- Nie odzywałem się.
- Tak, ale to zrozumiałe.
Zmrużył oczy.
- W którym miejscu, Potter? Bo chyba mamy na tą sprawę inny pogląd.
- Prawdopodobnie. - Skinął głową, zastanawiając się chwilę nad odpowiedzią. - Przestraszyłeś się.
- Ja nie...
- Tak, nie próbuj wmawiać mi, że jest inaczej. Wiem to. Każdy by się bał. W końcu moje wspomnienia nie ograniczają się wyłącznie do trzymania za rękę. - Zaśmiał się bezgłośnie i odwrócił tyłem, żeby mężczyzna nie zobaczył łez cisnących mu się do oczu. - Strzelaj dalej.
- Bo musiałeś się wyprowadzić?
- Nie, to również rozumiem.
- Z powodu bólu jaki mogłem na ciebie sprowadzić?
- Hmm, poniekąd być może. Ale nie całkiem.
- Potter, do cholery, planujesz mi to powiedzieć?!
Harry westchnął.
- Bo te czasy już nie wrócą. Oto dlaczego jestem zły. - szepnął i postanowił spojrzeć jeszcze raz w te hebanowe oczy. Zwierciadła, w których odbijało się tyle emocji... - Bo wiem, patrząc na ciebie, że to wszystko było... niczym. Choć nie do końca, to jednak - niczym. Nie mamy z tego nic. Ty mógłbyś żyć jeszcze normalnie, ale ja... We mnie już na zawsze pozostanie piętno ciebie. Już nigdy nie zapomnę.
- Mówiłeś, że nie chciałbyś zapomnieć.
- Nie chciałbym. Ale czasami wydaje się, że tak byłoby lepiej.
Stali chwilę w ciszy, wpatrując się w siebie nawzajem. 
- Dlaczego mówiłeś, że ja upadłem, a ty...
- Och. - zaśmiał się. - Tak właśnie było. Każdy stamtąd upada, tracąc jednocześnie pamięć na skutek... upadku. Ja jednak opadłem, lekko i bezpiecznie. Prawie wszystko zapamiętałem.
- Prawie?
- Mhm. Nie wszystkie momenty przyszłości znam w tej chwili, ale niektóre tak.
- Wiesz więc jak skończy się to spotkanie?
Zagryzł wargę, a po chwili podszedł do niego i ścisnął jego dłoń.
- Potter...
- Tak?
- ...Chodźmy do domu.
Chłopak uśmiechnął się lekko.
- Chętnie.
- Jeszcze jedno.
- Tak?
- Możesz mi mówić po imieniu.
Jego uśmiech poszerzył się.
- W porządku. Dziękuję, Severusie.
- Nie ma za co... Harry.


Dziękuję za uwagę. :D
Pozdrawiam serdecznie, Sakk <3

Plan - wzbudzić zazdrość.

Och, no dobra, nigdy nie byłam dobra w wymyślaniu tytułów... Ten napisałam teraz i w ogóle mi się nie podoba, ale to lepsze niż pisanie ciągle COŚ czy Opowiadanie 1... Tak robiłam kiedyś, ach. No dobrze.
Zapraszam do zapoznania się z tekstem. ;)
Pozdrawiam serdecznie.

Hermiona Granger była bardzo miłą czarownicą.
I kulturalną.
I cierpliwą.
I tolerancyjną.
I wyrozumiałą.
O, tak. Bardzo, naprawdę bardzo wyrozumiałą.
Dlatego nie przejmowała się, gdy Ron nie zwracał uwagi na jej starania zdobycia go. Zbywała fakt, że chłopak jej nie komplementuje. Olewała to, że nigdy nie umówił się z nią sam na sam. Nawet gdy mu to zaproponowała.
Jasne, Miona. Już idę tylko jeszcze zawołam Harry'ego. - mówił i wracał z ich niezbyt szczęśliwym, zielonookim przyjacielem, któremu nie uśmiechało się wtrącać w hermionowe sprawy. Już nawet on zrozumiał intencje dziewczyny! Jednak z rudzielcem nie wygrał. Ani on, ani ona nie mieli szans z jego tępotą.
Tak jak mówiłam, Hermiona Granger była bardzo tolerancyjna i wyrozumiała. Jednak wszystko, naprawdę wszystko, ma swoje granice.
Brunetka obejrzała się w lustrze. Jej zazwyczaj bujne, niemożliwe go ogarnięcia loki zostały teraz wyprostowane. Siedziała nad nimi niemal cztery godziny z Ulizanną, ale opłacało się. Uśmiechnęła się do swojego odbicia. Zęby, niegdyś zbyt duże, teraz wyglądały całkiem nieźle dzięki madame Pomfrey. Orzechowe oczy podkreśliła kredką do oczu i lekkim, brązowym cieniem do powiek. Na twarz oraz dekolt nałożyła nieco fluidu, a policzki okryła odrobiną różu. Rzęsy optycznie wydłużyła za pomocą tuszu. Westchnęła. Wyglądała całkiem nieźle. Nie była zwolenniczką makijażu, ale czasami warto zaszaleć. Prawda? Strój ubrała całkiem odbiegający od jej granic normy. Założyła krótką, czarną spódniczkę i brązowy top. Nic więcej się nie przyda, stwierdziła. Oprócz butów oczywiście. Przygryzła wargę niepewna, ale potrząsnęła głową. Nie czas teraz na wątpliwości! Spryskała się perfumami i zeszła na dół.
W pierwszej chwili w pokoju wspólnym zapadła cisza, ktoś nawet zagwizdał. Ale nie obchodziło jej to. Cel, do którego zmierzała, siedział przy kominku z Harry'm. Wzięła głęboki oddech i podeszła do nich.
- Cześć, co robicie? - zagadnęła wesoło, starając się ukryć zdenerwowanie za uśmiechem. Potter odwrócił się do niej z pewnością z zamiarem odpowiedzenia jej, ale słowa zamarły mu na ustach gdy tylko na nią spojrzał. Zerknął na Rona, zaczerwienił się, a następnie wpatrzył w ogień buzujący w kominku. Nie wiedząc co robić dalej stała nad chłopakami, nieświadomie miętosząc w dłoni końcówkę spódnicy. Rudzielec obrócił się w jej stronę, otworzył usta i...
Brązowooka odetchnęła z ulgą, widząc jak jego oczy rozszerzają się w niedowierzaniu. Uznała to za dobry znak. Przynajmniej coś zauważył!
- Hermiona?
- Tak, Ron?
- Twoje włosy...
Uśmiechnęła się do niego życzliwie.
- Tak, Ron? - zapytała znowu, najbardziej kokieteryjnym głosem na jaki było ją stać.
- One, no... eee... Wiesz, że są proste?
- Tak, oczywiście. I co z tego?
Zmarszczył brwi.
- Nie, nic. Dziwnie wyglądasz. - odparł z prostotą, wracając do rozmowy z Harry'm, który wcale jednak nie wydawał się chętny do kontynuacji tematu quidditcha. Brunetka osłupiała na moment, a chwilę później w całej wieży dało się dosłyszeć jej głośny krzyk.
- Ronaldzie Weasley, jesteś niemożliwy!
Chwilę później wybiegła z pomieszczenia, decydując się na krótki spacer na orzeźwiającym powietrzu...
Tymczasem rudowłosy chłopak zamrugał kilkukrotnie, zdumiony wybuchem koleżanki.
- Stary, możesz mi powiedzieć o co jej chodziło?
- Nie wiem, Ron. To kobieta. Ich się nie da zrozumieć.
Odpowiedział mu jednym, szybkim kiwnięciem.

******

Ginevra Weasley miała serdecznie dość czekania. Użerała się z Harry'm przez całe sześć lat, starając się jak mogła przekonać go do siebie. Niestety bezskutecznie. Chłopak jakby wyłączył klepkę mówiącą "zakochanie". Nie zwracał uwagi na inne dziewczyny - z tym rudowłosa czarownica mogła się pogodzić. Jednak z tym, że pomijał także ją - to już była inna bajka. Odetchnęła więc głęboko i przywołała niewielkie lusterko. Wyglądała olśniewająco. Mogła się do tego przyznać z ręką na sercu. Już w ostatnich latach wyrobiła się na tyle, że męska część Hogwartu zaczęła zauważać ją na korytarzach i cicho pogwizdywać. Cieszyła się popularnością niemal u każdego chłopca, oprócz tego jedynego. Westchnęła. Pełne, czerwone usta wymalowała błyszczykiem. O smaku truskawek oczywiście, bo Harry je uwielbiał. Obwódkę czekoladowych oczu potraktowała eye-liner'em i jasnym, ledwie widocznym białym cieniem do powiek. Rzęsy pomalowała tuszem. Włosy postanowiła jeszcze bardziej wyprostować, a potem zostawić je takimi jakie są. Żadnego spinania ani kombinowania. Założyła na siebie kusą, zieloną spódniczkę i białą bluzeczkę. Na nogach miała klapki, tego samego koloru co i koszulkę. Ponownie westchnęła. Wyglądała naprawdę dobrze. Była pewna, że gdyby przeszła się tak po Hogwarcie zdobyłaby mnóstwo nowych adoratorów. Jednak nie na tym jej zależało. Wyszła z dormitorium i zeszła po schodach. Obecne osoby wstrzymały oddech. Nie mogła jednak wiedzieć, że robią to już drugi raz tego samego dnia. Chłopak, któremu pragnęła się przypodobać siedział właśnie przy kominku. Wyprostowała nieistniejące fałdki na spódnicy i podeszła do swojego brata i jego przyjaciela.
- Cześć, co u was słychać? - spytała, uśmiechając się przy tym szeroko. Ron obrócił się do niej i nie zdążył zrobić nic więcej. Szczęka opadła mu, co wyglądało niezwykle komicznie. Rudowłosa roześmiałaby się, gdyby nie zdenerwowanie palące ją od środka.
- Ty... - zaczął, ale reszta zdania ugrzęzła mu w garle, czemu Ginny była bardzo wdzięczna. Nie miała ochoty wysłuchiwać narzekań swojego brata co do sposobu dobierania ciuchów. Sam również nie był ideałem w tej kwestii. Posłała mu spojrzenie bazyliszka. W tym momencie do pokoju weszła Hermiona, która wyglądała co najmniej świetnie. Rudowłosa musiała przyznać jej punkt. Posłała wiele znaczący uśmiech w jej stronę, ale ta nie zareagowała. Usiadła jedynie na pufie niedaleko przyjaciół i tępo wpatrywała się w sufit, z miną świadczącą o zamyśleniu. Skupiła się więc na Harry'm, spoglądającego teraz w ogień kominka. 
- Coś nie tak? - zapytała się, kładąc mu dłoń na ramieniu. Miała nadzieję, że ten gest zapewni jej jak największą uwagę z jego strony. Spojrzał na nią i nic nie mówiąc, zmarszczył brwi.
- Ginny...
- Tak, Harry?
- Wyglądasz inaczej.
- Mmm.
- Tak, no... Jakoś dziwnie. - dokończył, wpatrując się w hipnotyzujące, czekoladowe tęczówki Weasley'ówny. Drobne palce zacisnęły się na jego ramieniu, by po chwili puścić je, Czym prędzej wyszła z pomieszczenia. Musiała odetchnąć świeżym powietrzem. Warknęła, uderzając piąstką w kamienną ścianę. Dlaczego ci chłopcy muszą być tacy ślepi?!
Tymczasem w pokoju wspólnym czarnowłosy chłopak wpatrywał się w dalszym ciągu w miejsce, w którym niedawno jeszcze stała młodsza czarownica.
- Ron?
- Taa?
- Powiedziałem coś nie tak?
Chłopak podrapał się po brodzie.
- No, można tak to ująć.
- To znaczy?
- Eee, chyba nie powinieneś jej mówić, że dziwnie wygląda.
- Dlaczego?
- No, ona jest dziewczyną. Może to odebrać w obelżywy sposób.
Harry zamrugał zaskoczony.
- Co masz na myśli?
- Kiedy ktoś ci mówi, że jesteś dziwny, odbierasz to jako komplement?
- Niee, raczej nie.
- No właśnie. - powiedział, zadowolony z siebie, nieświadomy, że obserwuje go para gniewnych, orzechowych oczu. - Więc uważam, że nie powinieneś jej mówić, że wygląda dziwnie.
Hermiona momentalnie zerwała się z miejsca. W pierwszej chwili chciała rzucić na Rona kilka naprawdę koszmarnych zaklęć, ale zdobyła się jedynie na ciche:
- Ronaldzie Weasley, jesteś naprawdę, ale to naprawdę NIEMOŻLIWY!
Rudzielec spojrzał zdumiony na burzę włosów znikających za obrazem Grubej Damy.
- Powiedziałem coś nie tak?
Potter wzruszył ramionami zrezygnowany. Niczego już nie rozumiał. Bo przecież nie powiedział dziewczynie, że wygląda źle. Dziwnie nie znaczy gorzej! Westchnął ledwie dosłyszalnie.
- Nie mam pojęcia, Ron. To dziewczyny. Dla nich zawsze jest coś nie tak...

************

Hermiona ze złością kopała w każdą napotkaną srebrną zbroję, aż natknęła się na samotną postać wpatrzoną w horyzont za oknem. Powoli podeszła do niej, kładąc rękę na jej ramieniu.
- Gin? Jak się czujesz?
- A jak sądzisz?
- Żle. - powiedziała i roześmiała się sucho. Przysiadła na parapecie okna, zajmowanym w tej chwili przez rudowłosą. - Kiedy ci chłopcy zrozumieją cokolwiek?
- Nie wiem, Herm, ale raczej nieprędko. Skoro nie zorientowali się o co chodzi w tak oczywistym przesłaniu, to chyba z nimi kiepsko...
- Cały Pokój Wspólny wiedział co mamy na myśli! A oni nic! To było takie...
- Irytujące! - dopowiedziała Ginewra, klepiąc ze złością w bogu ducha winną szy... Chociaż nie, szyba nie jest niczego winna bogu, a zwłaszcza ducha. - To takie żenujące, wystawiać się dla nich w ten sposób, podczas gdy oni sami nie dość, że nic nie robią to jeszcze nie kapują! Już chyba wolałabym żeby mi dał kosza niż...
- Rozumiem co czujesz. Sama mam tak samo. Ron jest taki...
- Bezmózgi.
- Gin!
- No co? To prawda!
- ...
- Przynajmniej nie polemizujesz.
Zapadła długa cisza, podczas której każda zastanawiała się jak uświadomić chłopców co do oczywistego. Przecież to nie powinno być takie trudne! Ostateczność uderzyła w nie z ogromnym impetem. Obie westchnęły w tym samym momencie.
- Nie chciałam się do tego zniżać...
- Ale nie ma chyba innego wyjścia...
- Też tak sądzę. Więc kto?
- Ktoś z kim mają na pieńku. Kogo za nic w świecie by nie zaakceptowali. W końcu jak próbowałaś z Dean'em to do niego nie dotarło.
- A ty z Cormackiem...
- Nawet mi nie przypominaj! - Brunetka skrzywiła się momentalnie i zatrzęsła, jakby dotknęło ją coś oślizgłego. Przypomniała sobie usta chłopaka, niecierpliwie wędrujące po jej twarzy - w żadnym razie nie po wargach! Za pierwszym razem pomyślała, że jest pijany, później, że ślepy, a na końcu, że zwyczajnie szurnięty. W końcu nie codziennie zostaje się wycałowanym po powiekach, nosie i brodzie - nie ustach - od chłopaka na pierwszej randce. Chociaż nie. Ona nie została wycałowana. To było wyślinienie partnerki. Pokręciła głową, starając się odrzucić smętne myśli. - Kogo proponujesz?
- Hmm... Muszą mieć z tym kimś na pieńku, nie mogą go akceptować i pewnie koniecznie pałać do niego nienawiścią...
Oczy dziewcząt rozszerzyły się z przerażenia.
- Malfoy! - pisnęła Ginny.
- Snape! - wrzasnęła Hermiona.

******

- W porządku. Jak wyglądam?
- Świetnie.
- Gin, nie może to być... Ja wiem? Blaise?
Dziewczyna zaśmiała się rozbawiona.
- Nie, Hermi. Już z nim próbowałam. I muszę ci powiedzieć, że to w żadnym razie nie byłaby katorga. Prędzej przyjemność.
- Co?!
- No tak...
- To ja już nie pytam o szczegóły... Myślałam, że byłaś z nim tylko dla...
- Wkurzenia Harry'ego?
- Dokładnie.
- Taak, na początku. Później jednak było całkiem fajnie.
- Co się więc stało?
- Rozbieżność charakterów. - Wzruszyła ramionami, popychając ją w kierunku wyjścia z dormitorium. Brunetka uśmiechnęła się przebiegle.
- Idziemy razem, moja droga. Nie będziesz się tu kryła, podczas gdy ja... będę atakowała cel.
Ginny skrzywiła się cierpiętniczo.
- Ale Malfoy...
- Teraz DRACO. Pamiętaj.
- Ha. Ha. Bardzo śmieszne. - Jej policzki pokryły się czerwienią, gdy spojrzała na roześmianą przyjaciółkę. - Idź już do swojego Sevviego!
- Hę?
- Severuska, moja droga. Od teraz to SEVERUS. Pamiętaj!
Hermiona zbladła i odsunęła się od drzwi.
- Chyba nie dam rady. Zaraz zwymiotuję.
Rudowłosa czarownia wykrzywiła wargi.
- Czyli co, poddajemy się?
Zastanowiły się przez chwilę, zamknęły powieki i jak na zawołanie krzyknęły:
- NIE!

******

Hermiona przejrzała się jeszcze w lusterku, po czym pomniejszone schowała do torebki. Westchnęła, starając się ukryć zdenerwowanie. Wyglądała dobrze. Może nawet nieco lepiej niż jak w momencie gdy próbowała zrobić wrażenie na Ronie. Przymknęła powieki, a po chwili otworzyła je gotowa na to, co ma się stać. No, może niezupełnie, ale jednak próbowała sobie to wmówić. Ponoć takie powtarzanie czegoś, w co chce się uwierzyć pomaga. Jeżeli ktoś kiedykolwiek się nad tym zastanawiał, to Granger zdecydowanie nie miała tego problemu. To nie podziałało. Przełknęła ślinę i, zbierając całą swoją gryfońską odwagę, zapukała w drzwi.
- Czego chcesz, Granger? - warknął Snape, stając w progu. Dziewczyna obiecała sobie, że zabije się nieco później, ale na razie... Na razie trzeba grać. W końcu po to tu przyszła.
- Witam. - Uśmiechnęła się do niego najmilej jak potrafiła, nie zwracając uwagi na skręcanie żołądka. Później, powiedziała sobie. Później wykorzystam avadę. A teraz... Zatrzepotała rzęsami. - Mogę wejść... Severusie?
Szok to zbyt słabe określenie na to, co odmalowało się na twarzy nauczyciela.
- Granger, jeżeli się ze mnie nabijasz, to wiedz, że gorzko tego pożałujesz.
Parsknęła i wyszczerzyła słodko ząbki.
- Nie obrażaj mnie, Severusie. Powinieneś znać mnie lepiej niż ktokolwiek inny... Wiesz, że nie zrobiłabym czegoś takiego jeśli nie byłabym pewna swoich zamiarów. Chyba mi ufasz, prawda? - zapytała cichutko, zbliżając się do niego na niebezpieczną odległość. - Prawda, Severusie?
W następnej chwili pocałowała go. Choć było to raczej krótkie złączenie warg, bo na nie więcej jak pięć sekund. Uśmiechnęła się do niego, kiedy odszedł na kilka kroków, dalej trzymając dłoń na klamce drzwi.
- Więc... Mogę wejść? - zapytała cicho, przekrzywiając głowę. I ponownie - zatrzepotała rzęsami. Ron będzie jej musiał później to wszystko słono wynagrodzić...

******

Ginny kręciła się przez jakiś czas przed wejściem do biblioteki. Wiedziała, że właśnie tam siedzi Malfoy. Skorzystała z Mapy Huncwotów wykradzionej Harry'emu, dzięki czemu nie musiała go teraz szukać. Zdenerwowanie to mało w porównaniu z tym co odczuwała. Wyciągnęła lusterko z kieszeni w spódniczce. Niezawodny przyjaciel kobiety. Albo wróg, w zależności od tego jak kto wygląda... Skinęła głową zadowolona. Przedstawiała się naprawdę nieźle. Zagryzła wargę i weszła do środka. Nie musiała długo szukać. Blondyn siedział samotnie przy jednym ze stolików. Podeszła do niego, nieświadomie przygryzając co chwila wargę.
- Cześć. - rzuciła, przysiadając się. Malfoy uniósł swoje stalowoszare spojrzenie obrzucając ją niechętnym wzrokiem.
- Czego chcesz, Weasley? Nie widzisz, że się uczę?
- Och, widzę. Po prostu chciałam z tobą pogadać. - Specjalnie starała się nadać swojemu głosu najbardziej kokieteryjny ton na jaki było ją stać w obecnej sytuacji. Ślizgon zamrugał skonsternowany, a po chwili wykrzywił wargi w irytacji.
- Pogadać o czym, Weasley? Streszczaj się.
Rudowłosa westchnęła teatralnie. Postanowiła powiedzieć to bezpośrednio.
- Podobasz mi się... Draco. Nie chciałbyś się umówić... ze mną? - zapytała, starając się utrzymać zalotny uśmiech, jednocześnie nie krzywiąc ust bądź nie zaciskając zębów.
Ślizgon spoglądał na nią przez chwilę po czym roześmiał się gardłowo.
-Ustaw się w kolejce, Weasley. Ale jest jeden minus w twojej sytuacji. - szepnął, konspiracyjnie się do niej nachylając przez stół. - Nie lubię rudych.
- Ty... - urwała, marszcząc brwi. - Wspaniały mężczyzno. Uwielbiam gdy chłopak ma swoje zdanie. Więc jak, kiedy się spotkamy?
- Weasley, jesteś głupia czy tylko udajesz?
Przymknęła powieki. To będzie trudniejsze niż sądziła. Wstała z krzesła i stanęła obok niego, przybliżając wargi do jego ucha.
- Jeszcze się przekonamy... Draco.
Następnie posłała mu złośliwy uśmieszek, mrugnęła do niego i opuściła bibliotekę.

******

- Jak było, Miona?
- Ja... To był koszmar!
- Dlaczego?
Koleżanka zamrugała skonsternowana.
- Pocałowałam go.
- Co zrobiłaś?!
- Pocałowałam. Starego. Nietoperza.
- O kurde! I co on na to?
Dziewczyna skrzywiła się, siadając na łóżku Weasley'ówny.
- Zatrzasnął mi drzwi przed nosem.
- Poddajesz się?
- No coś ty! Skoro już się zniżyłam do pocałunku z nim to teraz nie odpuszczę.
- No ja myślę. - powiedziała i wybuchła śmiechem. Nie mogła sobie wyobrazić Hermiony całującej Snape'a.
- Co cię tak bawi, Ginewro?
- Nic, Miona... Po prostu to się wydaje takie zabawne.
- Tylko z twojej perspektywy. Uwierz. Gdybyś była na moim miejscu... - Obie zatrzęsły się ledwie zauważalnie.
- Więc co teraz?
- Teraz, moja droga, planuję zwyczajną rozmowę.
- Myślisz, że będzie chciał z tobą rozmawiać?
- Och, nie będzie miał wyjścia.

******

Hermiona nigdy niczego nie ukradła. No, poza kilkoma składnikami do eliksirów ze składzika Snape'a. Jednak jeśli pominąć ten fakt, to niczego nie ukradła. I teraz też tego nie zrobiła. Pelerynę jedynie pożyczyła. Stojąc przy drzwiach do komnat mistrza eliksirów owinięta właśnie w ów płaszczyk, czekała na nauczyciela, który powinien niebawem przyjść po kolacji. Nie pomyliła się. Kiedy zauważyła ciemnookiego mężczyznę, idacego wzdłuż korytarza, wstrzymała na chwilę oddech. Postrach Hogwartu otworzył po chwili drzwi, szepcząc jakieś hasło do klamki. Robiąc kwaśną minę i złorzecząc na siebie pod nosem, że nie podeszła bliżej, by móc dosłyszeć wypowiedziane słowa, zwinnie wbiegła za nim zastanawiając się jednocześnie jakim cudem jej się to udało. Odetchnęła głęboko, widząc jak Postrach Hogwartu przechodzi do toalety. Zdjęła szybko pelerynę, kładąc ją niedaleko wyjścia. Na wszelki wypadek, gdyby musiała uciekać w popłochu. Usiadła na kanapie, czekając. Po około dziesięciu minutach mężczyzna wyszedł owinięty jedynie białym ręcznikiem, drugim skutecznie susząc włosy. Oczy Granger rozszerzyły się zszokowane, na widok białego torstu nauczyciela. Jednocześnie zarumieniła się i odchrząknęła, nie chcąc trwać w niekomfortowej sytuacji. Nigdy nie sądziła, że przyłapie Severusa Snape'a wychodzącego spod prysznica! Nauczyciel zastygł w bezruchu, a po chwili opuścił ręcznik.
- Granger. - powiedział bez nutki ironii, która zazwyczaj zajmuje pierwsze miejsce w jego tonie.
- Witaj, Severusie. Po naszym ostatnim spotkaniu stwierdziłam, że lepiej będzie porozmawiać w zamkniętych komnatach niż na progu.
Uśmiechnęła się do niego słodko, starając zakryć w ten sposób zażenowanie obecną sytuacjią. Profesor zmrużył oczy.
- Nie widzę żadnego tematu do rozmów, Granger. A teraz wynoś się z moich kwater!
- Och, Severusie. Nie trzeba być od razu nieuprzejmym. Możemy się zwyczajnie czegoś napić w ciszy. Poza tym temat zawsze się znajdze. Na przykład: jak spędziłeś dzień?
- Granger... - ostrzegawszy ton nauczyciela tym razem nie zrobił na dziewczynie wrażenia. Wstała i podeszła do niego blisko. Spojrzała w te czarne, bezdenne oczy.
- Umówimy się, Severusie? Na kawę? Na obiad, kolację? Na cokolwiek. Byle razem.
- Granger, albo stąd wyjdziesz albo...
- Albo co, Sev? - Przekrzywiła głowę, kładąc jedną z dłoni na klatce piersiowej mężczyzny. Punkt dla niej. Facet odsunął się jak poparzony, a blade lico oblał mu delikatny rumieniec.
Uśmiechnęła się z przekonaniem.
- Jutro. Piętnasta. Restauracja Pod Czerwonym Makiem. Na Pokątnej. Przyjdź. - Urwała na chwilę, a nie widząc żadnej reakcji osłupiałego nauczyciela, szepnęła jeszcze. - Miłych snów, Severusie.- Puszczając mu oczko i wychodząc, uprzednio podnosząc dyskretnie Niewidkę.

******

Ginny nie robiła nic wielkiego. Po prostu posyłała blondwłosemu chłopakowi wiele znaczące uśmiechy, a od czasu do czasu muskała jego skórę swoją ciepłą, delikatną dłonią. Czasami przejechała palcami policzek, w taki sposób, że nikt tego nie zauważył, a czasami po prostu dotykała jego ręki. Za każdym razem odsuwał się jak trędowaty, a ona śmiała się w duchu z jego miny, a jawnie mrugała do niego jednym okiem. Oczywiście wszystko to robiła tak, żeby nikt inny nie zauważył. Na razie. Dopiero później zrobią huczne wejście.

******

- Witaj, Severusie. Już myślałam, że się nie zjawisz. - powiedziała brunetka, zaczytana ofertą dań. - Mają tutaj całkiem spore menu. Usiądź, proszę.
- Witam, Granger. - wycedził. Sam nie wiedział czemu przyszedł na to spotkanie. Może dlatego, że był ciekaw do czego posunie się Gryfonka?
- Usiądź, proszę. - powtórzyła, po raz pierwszy spoglądając na niego tego wieczoru. I aż zachłysnęła się powietrzem. Jego włosy... Wcale nie były tłuste.  Przez chwilę musiała wyglądać jak idiotka, mrugając zaciekle z otwartymi szeroko ustami, jakby pragnąc pozbyć się iluzji. Snape uśmiechnął się do niej drwiąco.
- Przynajmniej zamknij usta, Granger. - odparł kpiąco, siadając na wskazanym miejscu. Wewnętrznie jednak stracił rezon. Nie był pewien czy dobrze zrobił, myjąc dokładnie włosy i usuwając opary z eliksirów.
- Wyglądasz nieziemsko. - szepnęła, zaskakując samą siebie, ale była to prawda. Jego włosy wyglądały w tej chwili na miękkie i puszyste, a błyszczały się nie od tłuszczu, a zwyczajnego zadbania. Snape spojrzał na nią niepewnie i dziewczyna czule ujęła jego dłoń. Przedstawienie uważam za rozpoczęte.
- To czego byś pragnął tego wieczoru, Severusie? - zapytała, wiedząc że pytanie jest dwuznaczne. Mistrz eliksirów zbladł, wyrwał rękę i spojrzał w menu.
Zapowiadał się długi wieczór.

******

Przez ponad tydzień dziewczyny żyły tym samym trybem. Hermiona wieczorami zakradała się do kwater Snape'a, starając się wprowadzić go w jakąś konwersację, ale mężczyzna sprawnie ucinał wszystkie tematy. Po jakimś czasie zabrakło jej słów, więc przychodziła jedynie zostawić karteczkę z czasem i miejscem spotkania. Na wszystkich się zjawił.
Ginny z kolei kontynuowała swój plan. Dotykała Malfoya tu i tam, aż po kilku dniach blondyn nie wytrzymał.
- Czego chcesz, łasico?
- Och, Draco, jakiś ty kochany. Nawet wymyśliłeś już dla mnie przezwisko od takiego słodkiego zwierzątka! - pisnęła, przytulając go mocno, najmocniej jak potrafiła. Tak, żeby sprawić komuś ból. Należało mu się. - Czyli jesteśmy już na etapie przezwiska dla ukochanego? Hmm, w takim razie ja też muszę wymyślić tobie jakieś dobre... - Zawahała się udawanie. Wiedziała, że to nie będzie spektakularne podejście, ale złość kipiała w niej i skoro nie mogła na niego po prostu nawrzeszczeć to musiała odreagować to w ten sposób. - Może fretuśka?
Zatrzepotała rzęsami, próbując się nie zadławić śmiechem widząc jego przerażenie.
- Czego chcesz Weasley? Mów i znikaj z mojego życia.
Warknęła. Dlaczego wszyscy chłopcy byli tacy łatwi, ale nie ci u których starała się zdobyć szanse.
- Dobra, Malfoy. Przechodzimy do rzeczy. - powiedziała, marszcząc brwi. Ulga odmalowała się na twarzy Ślizgona. - Chcesz wkurzyć Harry'ego?
- Pottera? W jaki sposób?
- Umów się ze mną. Kilkukrotnie.
- Co ty...
- Stawiam ci ultimatum. To albo nie odczepię się do końca twojego marnego życia.
- Jeśli myślisz, że...
- Słucham, jaka jest twoja odpowiedź? - ucięła mu. - Chcesz zdenerwować Harry'ego czy raczej się boisz Wybrańca - tego, który pokonał Voldemorta?
- Nie wymawiaj tego imienia, Weasley!
- Och, jasne... Zapomniałam, że robisz w majtki już na samo słyszenie o nim. - wypluła, mrużąc oczy, po czym dodała nim zdążył nawet zacząć się bronić. - To jak? Zrobisz to, czy, jak mówiłam, boisz się?
Draco Malfoy może zdzierżyć wiele przezwisk, ale tchórzostwo nie przejdzie w jego słowniku. Co to, to nie.
- Zgoda, łasico.
- Ginny. Masz do mnie mówić po imieniu, bo jeśli sądzisz, że ktokolwiek uwierzy w nasz związek jeśli będzie inaczej to się grubo mylisz.
- Związek? Jaki znowu związek?
- To już zostaw mnie... Draco. - wyszeptała, puściła mu oczko i odeszla zadowolona. Z biblioteki. Znowu. Przez chwilę przeszło jej przez myśl, że chłopak musi być nieco podobny do Miony. Przesiaduje tu tyle czasu...

******

- Jak ci idzie, Miona?
- Cóż... Nieco ślamazarnie. Severus jest ciągle zgorzkniały i spięty. Nawet po kilku próbach pocałunku nie pozwolił mi się do siebie zbliżyć.
Rudowłosa wybałuszyła oczy.
- Całowałaś go jeszcze?
- Taak. Bez powodzenia.
- Nie odpowiedział?
- Nie! Doprowadza mnie do szału. Zobaczysz, w końcu odpowie.
- Taa.
- No co, nie wierzysz?
- Wierzę, wierzę. Mężczyźni zawsze są tacy sami i w gruncie rzeczy akurat przed TYM nie potrafią się wzbraniać, zwłaszcza jeśli dziewczyna sama lgnie im w ramiona.
- Mhm. A co z Malfoy'em?
Skrzywiła się, kręcąc głową.
- Nie dał się namówić na randkę za pomocą flirtu.
- Więc?
- Więc powiedziałam mu, żeby zrobił to by wkurzyć Harry'ego.
- Co?!
- No tak. To na niego najlepszy sposób.
- Cholera. Że też ja o tym nie pomyślałam!
Ginewra zaśmiała się.
- Każdemu się może zdarzyć.
- Czyli jesteście już parą?
- Jeszcze nieoficjalnie.
- Jak planujesz to ogłosić?
- Już moja w tym głowa. - powiedziała, z błyskiem w oku.

******

Hermiona siedziała zdenerwowana na sofie w kwaterach nauczyciela. Nie było go jeszcze, ale nie przeszkadzało jej to. Teraz, kiedy w końcu dosłyszała jego hasło, mogła tutaj wchodzić kiedy tylko jej się zachciało. Raz rozzłoszczona postanowiła się zemścić za niedostępność, którą jej oferuje i pozamieniała jego czarną sypialnię na różową, wypełnioną mnóstwem płatków róż. Dorzuciła też kilka pluszowych misiów, wiedząc że tego nie zdzierży. Nie pomyliła się. Kiedy tylko ją zobaczył przygwoździł ją do ściany na korytarzu sycząc jakieś groźby. Przyjęła je ze śmiechem, wyobrażając sobie jego minę gdy chciał się położyć do snu, a następnie pocałowała go. Odsunął się od niej czym prędzej i stał przez chwilę w miejscu niepewien co powinien zrobić. Jednak gdy tylko usłyszał pytanie Hermiony czy mu się podobało uciekł niczym spłoszona mysz.
Westchnęła. Z pewnością nie był to udany związek, jeżeli w ogóle to coś można tak nazwać. A wszystko dla Rona. Zmarszczyła brwi. Dawno już nie myślała o rudzielcu. Teraz każdą wolną chwilę zajmował jej tłusto... Nie, nie nosił przy niej tłustych włosów. I to kolejna rzecz, która jej się spodobała. Zachowywał się jakby mu zależało. Dlaczego więc nie chce dopuścić do siebie dziewczyny?
Koniec z tym!, krzyknął jej umysł.
Usłyszała jak ktoś otwiera i zamyka drzwi, więc wbrew spięciu, które wstąpiło w jej ciało, postarała się wyglądać na rozluźnioną. Ułożyła się ponętnie na łóżku, obserwując sylwetkę ubraną na czarno, przemierzającą pomieszczenie.
- Witaj, Sev. Jak ci minął dzień? - zapytała, sprawiając, że mężczyzna podskoczył. Uśmiechnęła się do niego łagodnie.
- Granger...
- Hermiona. - poprawiła go niezadowolona. - Jestem Hermiona. Tak trudno zapamiętać?
Nie odezwał się, ale jego oczy wpatrywały się w nią z taką uwagą, że się zarumieniła.
- Hm, będziemy tak trwać w bezruchu? - spytała, ponownie się uśmiechając. - Nie odpowiesz mi? Jak ci minął dzień.
- Dobrze.
Przewróciła oczami.
- Na lekcjach bywasz bardziej wygadany. Cóż, w takim razie... - Zmrużyła oczy. - Przejdę do sedna. Kiedy mnie do siebie dopuścisz?
Nie sądziła, że dożyje dnia, gdy nauczyciel wytrzeszczy oczy.
- Że co, proszę?
- Cóż, jak na razie jesteś do tego stopnia niedostępny, że zaczyna mnie to męczyć. - Zawahała się na chwilę, gdy wpadła na pewną myśl. - Jeżeli to jest własnie twój sposób na odrzucenie mnie, to nie masz co próbować. Nie odejdę. - Przekrzywiła głowę. - Więc? Kiedy, no wiesz, dopuścisz mnie do siebie?
- Co ma pani na myśli, panno Granger?
Warknęła, wstając nagle i stając przed nim. Profesor nie odsunął się, co uznała za dobry znak. Pocałowała go. Znowu nie odpowiedział.
- Cholera! Sev, kiedy pozwolisz mi się pocałować? I kiedy zaczniesz do mnie mówić po imieniu? - krzyknęła, siadając ponownie na sofie. Spoglądała na niego nieprzychylnie, starając się uspokoić. Nie pamiętała już dlaczego to wszystko zaczęła. Teraz nic nie miało znaczenia, oprócz tego, że ten mężczyzna doprowadzał jądo szału!
- Panno Granger, ulegam, mam nadzieję mylnemu, wrażeniu, że liczy pani na to bym ją pocałował.
- Dokładnie! Nie wierzę, że tak długo zajęło ci dojście do tego! A mówią żeś inteligentny...
Jego oczy zabłysły niebezpiecznie.
- Insynuujesz coś, panno Granger?
- Hermiono. I tak, insynuuję, że się mnie boisz. - stwierdziła nagle z radością. - Boisz się mnie pocałować.
Jeżeli kiedykolwiek ktoś myślał, że widział Snape'a wpadającego w furię, to na pewno nic w porównaniu z tym czego świadkiem była w tym momencie Gryfonka. Przez chwilę nawet zastanawiała się, czy nie wezwać kogoś na pomoc. Na przykład Dumbledore'a.
- Chce pani powiedzieć, że jestem tchórzem?! - warknął, podchodząc do niej i kładąc dłonie po obu stronach jej głowy. Zbliżył twarz tak blisko jej własnej, że zapomniała na chwilę jak się oddycha. Co innego robić to jemu, a co innego kiedy on zrobił to jej. Przełknęła głośno ślinę i spojrzała mu prosto w oczy.
- Tak. - odparła.
Chwilę później została pocałowana.

******

Ginny zlustrowała Wielką Salę wzrokiem. Harry, Ron i Hermiona byli już na swoich miejscach. Draco jeszcze nie było. Dobrze, nawet bardzo dobrze. Westchnęła i czekała. Robiła to już od ponad dziesięciu minut. Kiedy wreszcie dojrzała idącego Ślizgona wraz z jego świtą, zdenerwowała się nie na żarty.
- Draco! Chodź tutaj! - zawołała go, czerwona z zażenowania. Reszta osobników z wrogiego domu spojrzała na nią zaskoczona, wymieniając spojrzenia. Na końcu ich wzrok spoczął na Malfoy'u, który wyglądał na nie mniej zmieszanego. Chłopak zmarszczył brwi, najwyraźniej chętny coś odpyskować, więc podeszła do niego i brutalnie odciągnęła do reszty. Był zbyt zaskoczony by zareagować jakoś inaczej, wiec odpowiedziała za niego na pytające spojrzenia Ślizgonów.
- Idźcie do Sali, zaraz do was dołączy.
- Co ty robisz, łasi...
- Ginny! - poprawiła go, patrząc na niego zawzięcie. Zmrużył powieki.
- Ginny.
- A to, że dzisiaj wejdziemy razem.
- Że co?!
- No tak, wejdziemy razem.
- Miało być tylko kilka randek. Nie wchodziło w grę...
- Co? Mówiłam ci - to ma być Z-W-I-Ą-Z-E-K. Chyba nie sądziłeś, że tak po prostu utrzymamy to w tajemnicy?
Po jego minie wywnioskowała, że tak właśnie myślał. Rudowłosa, wzdychając, pokręciła z politowaniem głową.
- Jak w ten sposób miałbyś wkurzyć Harry'ego?
- Eee...
- To jest jego tekst. - powiedziała, uśmiechając się lekko. Złapała go za rękę. - Chodź.
Ruszył za nią, klnąc mentalnie na wszystkich, którzy doprowadzili do dzisiejszego dnia. Nawet na rodziców, skoro go urodzili i wychowali...
Stanęła w progu Wielkiej Sali, a wszelkie szepty ucichły widząc ją idącą za rękę z Malfoy'em. Uśmiechnęła się szeroko widząc jak ludzie wybałuszają oczy. Zanim jednak pozwoliła im rozpocząć na nowo rozmawiać, z pewnością o nowej hogwarckiej parze, obróciła się do Ślizgona.
- Gotowy?
- Na c... - reszta zdania nie była dana zostać wypowiedzianą. Pocałowała go, po raz pierwszy i z uczuciem większym niż kiedykolwiek dotychczas. Początkowo był zbyt zaskoczony by zrobić cokolwiek innego, ale chwilę później rozchylił wargi i językiem zaczął badać wnętrze jej ust. Jęknęła zdumiona, ale nie przerwała pocałunku. Trwali by tak długo, złączeni ze sobą, gdyby nie krzyk wzniesiony po Wielkiej Sali.
- GINEWRO MOLLY WEASLEY, CO TY DO WSZYSTKICH DIABŁÓW WYPRAWIASZ?
Ginny oderwała się od Draco, posyłając mu słodki uśmiech i odwróciła do brata, biegnącego aktualnie w jej stronę.
- A na co to wyglądało, Ron?
- No... To wyglądało... Jakbyś go całowała! - dokończył, dumny z siebie.
- Dokładnie. I jakie wnioski?
- Jak... Jak możesz go całować?
- Ponieważ - szepnęła, mrużąc oczy. - jesteśmy teraz parą. Prawda, Draco?
- Eee...
Po raz drugi tego dnia jedyny spadkobierca rodu Malfoy'ów wykazał się elokwencją stopnia zarezerwowanego dotychczas dla Pottera. Dziewczyna nie mogła się powstrzymał i wybuchła śmiechem. Może, wbrew pozorom, są o wiele bardziej do siebie podobni niż jej się wydawało? Rozbawiona, obróciła się w jego kierunku.
- Draco? - zapytała dalej rozweselona.
- Ty... - Przełknął ślinę. - Mówisz poważnie?
Zastanowiła się przez chwilę, a jej uśmiech bladł powoli. Wiedziała o co pyta. Czy ze stopnia "wkurz Harry'ego" przeszli na stopień "para". Owszem, przez ostatni tydzień bawili się wyśmienicie. Codziennie wymykali się do Hogsmead, a rudowłosa za każdym razem upewniała się, że Potter widzi ją jak wychodzi. Jednak w miarę upływu czasu coraz rzadziej myślała nad czarnowłosym Gryfonem, a skupiała się na dobrej zabawie ze Ślizgonem. Nie potrafiła nawet określić, kiedy zauważyła, że jego uśmiech jest uroczy, jeśli nie wykrzywia się złośliwie, albo że chłopak posiada całkiem dobre poczucie humoru... Jednak nie spodziewała się, iż Malfoy przekona się do niej w taki sam sposób. Wbrew wszelkiej logice zaschło jej w gardle.
Ostrożnie skinęła głową.
- Jak najbardziej.
- W takim razie... - Rozglądnął się po wnętrzu Wielkiej Sali, chwytając ją nagle za dłoń. - Tak. Jesteśmy parą.

******

Hermiona patrzyła na to wszystko w szoku. Spojrzała na Harry'ego, ale nie wyglądał na smutnego. Wręcz przeciwnie, uśmiechał się jakby zadowolony ze szczęścia młodej czarownicy. Westchnęła. Czyżby to dlatego nie miała u niego szans? Czy nie był w niej zwyczajnie zakochany? Pokręciła głową i zerknęła z zazdrością na złączone ręce Ślizgona i Gryfonki. Przygryzła wargę, w jednej chwili decydując się co powinna zrobić.
W regulaminie nie było żadnego zakazu związku uczennicy z nauczycielem jeśli obie osoby są pełnoletnie. A ona, oczywiście, już taka była. Wstała i przeszła przez Wielką Salę, obeszła stół nauczycielski i stanęła przed Severusem. W pomieszczeniu zapadła cisza. Kątem oka zauważyła tylko, że Ginny szczerzy się do niej i kiwa zachęcająco głową. Wzięła głęboki oddech i nim zdołała chociażby pomyśleć, pochyliła się i złożyła pocałunek na ustach Mistrza Eliksirów.
Jeżeli wcześniej w Wielkiej Sali panowała cisza, to teraz nie było na to określenia. Hermiona szczerze wątpiła czy ktokolwiek choćby oddycha. Kiedy oderwała się od Snape'a, podniosła dłoń i dotknęła pieszczotliwie jego policzka. W duchu jednak cieszyła się jak głupia. Wcześniej bała się, że jeśli zrobi to przy wszystkich nie dopuści jej do siebie, ale odpowiedział jej i to z jakim pożądaniem... Zatrzęsła się, kiedy spojrzała w te czarne oczy wypełnione żądzą. Uśmiechnęła się, pochyliła i szepneła tylko:
- Dzisiaj wieczorem w twoich kwaterach.
Następnie wróciła do stołu i zaczęła jeść kolację, kątem oka dostrzegając rozanielonego Dumbledore'a. Chwilę później obok niej usiadła Ginny. Ron wrócił do nich, dalej zbyt zaskoczony informacjami, które najwyraźniej nie mieściły mu się w głowie, bo odpuścił sobie nawet jedzenie. Jedynie Harry skinął jej głową, dając tym samym znak, że aprobuje wszystko co zrobiła. Podziękowała mu szerokim uśmiechem, a pod stołem złapała rudowłosą za dłoń. Odwdzięczyła się mocnym uściskiem. Dzięki niemu zrozumiała wszystko.
Obie były szczęśliwe.

******

- Jak było wczoraj, Mio?
- Wspaniale...
- Tylko tyle?
- Tylko tyle mogę powiedzieć. - zaśmiała się, rumieniąc jednocześnie. Ginny wystarczyło to za każdą inną odpowiedź.
- Dobry jest?
- Gin!
- Okej, okej. Nie chcesz nie mów. - Wyszczerzyła się do niej. Hermiona pokręciła rozbawiona głową.
- A co u ciebie i... Draco?
- Wszystko się jakoś układa.
- Och, niezbyt rozbudowana odpowiedź.
- Tylko tyle mogę powiedzieć. - odparowała.
Patrzyły na siebie przez chwilę, by w końcu wybuchnąć śmiechem.
- I co z Harry'm?
- A co z Ronem? - odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- Cóż... Dawno już o nim nie myślałam.
- Ja również.
- Cieszysz się?
Uśmiechnęła się do niej leciutko.
- Jak najbardziej. Nie mogłabym sobie wyobrazić lepszego partnera niż Draco...
- Taak. Sev jest doskonały.
Westchnęły obie, rzucając się na łózko brunetki. Nic więcej nie musiały mówić.

******

- Wiesz co, Harry?
- Mmm?
- To dziwne, co nie?
- Co takiego?
- Noo, Hermiona i Ginny. Są z naszymi największymi wrogami. Nie dręczy cię to?
- Eee...
- Taak, masz rację.
- Mhm.
- Hmm. Zawsze myślałem, że to ty będziesz z Ginny.
- Doprawdy?
- Taa.
- Cóż, ona nie wydaje się zainteresowana.
- Racja. Dziwne.
Nastała chwila ciszy, podczas której każdy przyglądał się swoim stopom.
Rudzielec wziął głęboki oddech i zacisnął powieki. Następnie zagarnął rękę przyjaciela w swoją. Zaskoczony Harry zerknął na ich złączone dłonie, zanim odwzajemnił uścisk.
- To co, idziemy polatać? - zaproponował Ron, czerwieniejąc lekko.
Potter posłał mu życzliwy, pełen zadowolenia uśmiech.
- Jasne. Czemu nie.


KONIEC.